Moje wyprawy Mont Blanc czyli zdobywanie Białego Szczytu

Wednesday, 14.09.2011, 0 komentarzy

Wszystko zaczęło się pewnego zimowego popołudnia (początek 2007 roku) roku od przypadkowego spotkania z himalaistą Adamem Sikorą w dzierżoniowskiej restauracji ITAKA i rozmów na temat życiowych zainteresowań, pasji, celów i dotychczasowych osiągnięć. Po wstępnym „rozpoznaniu” teoretycznym co do możliwości kondycyjnych (praca zawodowa, osiągnięte szczyty) doświadczony Bielawianin zaproponował wspólną wyprawę w Alpy i zdobywanie szczytu Mont Blanc (4810 m.n.p.m.).

Przygotowania

Organizatorem ekspedycji był Polski Klub Alpejski z Górnego Śląska, z którym A. Sikora współpracuje. Przed wyjazdem w najwyższe góry Europy zachodniej PKA prowadziło specjalne szkolenia połączone z testem kondycyjnym, technicznym oraz psychicznym prowadzonym w słowackich Tatrach. 
Uczestniczyłem w takim teście w połowie kwietnia i w trakcie dwóch dni „w pełnym usprzętowieniu” (raki, czekan, kask, liny) dokonaliśmy wejść na Rysy (2503 m.) oraz znajdujący się pomiędzy nimi a Gerlachem szczyt Vysoka (2547 m).


Wyjazd i pierwszy czterotysięcznik

Wyjazd w Alpy zaplanowany… i zrealizowany został w dwa tygodnie (9-22 czerwca 2007 rok). Kierownikiem wyprawy był prezes PKA Bogusław Magrel (Katowice), a „dyrektorem wykonawczym” i prowadzącym operację w terenie Adam Sikora (Bielawa). W wyprawie uczestniczyło 10 osób z całej Polski (nie wliczając w to wcześniej wymienionych) z czego 4 osoby brały udział tylko w tygodniowym pobycie w Alpach i samym „ataku” na Mt. Blanc. Skład „zasadniczej” szóstki to: Agnieszka (Warszawa), Ania (Kraków), Piotrek (Bieruń), Ryszard (Szczecin), Gerard zwany Gepardem (Dębica), Tomek (Dzierżoniów). Pierwszy tydzień spędziliśmy po włoskiej stronie Alp aklimatyzując się oraz nabywają ostatnie „szlify” techniczne podczas wejścia na pierwszy czterotysięcznik – Gran Paradiso (4061 m.).

"Mt. Blanc w chmurach" (fot. A. Janik)

Zdobywany on był przez nas z wysokości 1955 m. (najwyżej położony kemping w Europie) z założeniem (przy padającym deszczu) obozu na wysokości około 3000 m. Na szczyt, który zwieńczony jest atrakcyjną, aczkolwiek sprawiającą nieco trudności w pokonaniu grupką skalną dotarliśmy piątego dnia pobytu – w środę 13 czerwca. Przy wspinaczce odsłaniały się nam już fantastyczne panoramy na pozostałą część Alp z dumnie wznoszącym się ponad chmury szczytem Mt. Blanc z jednej czy Matterhornem z drugiej strony.

Przejazd w cień Białego Szczytu

Po zejściu z góry jeszcze tego samego dnia przemieściliśmy się do Chamonix (Francja) by oczekiwać dogodnych warunków pogodowych do „ataku szczytowego” na główny cel naszej wyprawy. W wolnych chwilach ćwiczyliśmy pod okiem fachowców wspinaczkę skałkową oraz zwiedzaliśmy stolicę francuskich Alp. Wreszcie zapadła (na bazie pozytywnych prognoz meteo) decyzja o wyruszeniu na Górę. Nasze siły zostały wzmocnione tu czwórką z Krakowa i okolic (Elwira, Przemek, Tomek i Darek).
Okazało się jednak już na samym początku, iż połowa czerwca nie jest jeszcze sezonem turystycznym i część infrastruktury (jak słynna kolejka zębata TMB) po prostu nie zostały jeszcze uruchomione przez Francuzów.

"Gran Paradiso atak szczytowy" (fot. A. Janik)

"Gran Paradiso zdobyty" (fot. A. Janik)

Założenie obozu

Podchodzenie zaczynaliśmy więc od wysokości 1800 m. Pierwszego dnia bez większych kłopotów (na szczególnie niebezpiecznym odcinku tzw. żlebu spadających kamieni oraz na pół kilometra wysokim Wielkim Filarze - Grand Couoir) z krótkimi przystankami w schronach Tĕte Rouse i L’Aiguille du Gouter dotarliśmy do wysokości około 3900 m. Tam założyliśmy nasz obóz.

Atak szczytowy i załamanie pogodowe

Drugiego dnia 17 czerwca w niedzielę przy silnym wierze – nie wróżącym nic dobrego rozpoczęliśmy atak szczytowy. Wejście na szczyt zajęło nam około 6 godzin, a na wierzchołku Europy zachodniej byliśmy około godz. 13.30. Niestety właśnie wtedy zaczęła się pogarszać pogoda. Po około godzinie nie było już widać chwilami nawet na odległość 50 m. Wiał silny wiatr połączony z zamarzającym deszczem. Tego dnia nie udało nam się wrócić do obozu, a noc spędziliśmy w „awaryjnym” schronie Bivouac Vallot u podnóża „Białego Szczytu” na wysokości 4362 m. Tego wieczoru na prośbę służb ratunkowych pomagaliśmy również (nieustannym nawoływaniem) w odnalezieniu właściwej drogi do schronu zagubionemu w tych warunkach Francuzowi.

Zejście w doliny i powrót

Trzeci dzień przy dużym zmęczeniu i nadal silnym wietrze spędziliśmy na dotarciu do obozu, jego „zwinięciu”, przebyciu tą samą drogą najtrudniejszych odcinków trasy. Dzień ten kończyliśmy w schronie Tĕte Rouse. Połowa kolejnego (czwartego już dnia) „operacji górskiej” w masywie Mt. Blanc poświecona była na spokojne schodzenie w doliny. Pełni wrażeń i przede wszystkim dumni z osiągniętego celu wracaliśmy „planowo” na koniec przedostatniego tygodnia czerwca do Polski.

"Mt. Blanc (4810 m) z A. Sikorą (po prawej) i flagą Dzierżoniowa" (fot. A. Jędrzejczyk)

Komentarze:

Napisz odpowiedź